Dzikość serca, czyli miłość od pierwszego wejrzenia…

Pinemingos

Pracując w takim miejscu, jak sklep z zapachami do wnętrz, trudno utrzymać kartę kredytową na wodzy. OK, wiadomo że dyrekcja ma rabaty hehe, ale i tak chciałoby się mieć wszystko. Opcją jest magiczne „Dear Santa” oczywiście, ale nie wiem czy byłam tak grzeczna, żeby dostać całą kolekcję Wild Things…

Hygge, czyli duńska sztuka szczęścia ze świecami w tle…

hyggeKażdy, kto mnie zna, wie, że nie lubię czytać poradników i na moich półkach próżno szukać pozycji w stylu „10 sprawdzonych rad, jak..”. Nie oznacza to, że z automatu hejtuję tych, którym takie publikacje w życiu pomagają, ale także nie ukrywam, że nie rozumiem. Dlatego „Hygge. Duńska sztuka szczęścia” zajmowała u mnie odległą pozycję na liście priorytetów do przeczytania. Nie wiem czy ruszyły mnie wyrzuty sumienia, że tego prezentu nawet nie otworzyłam (dosłownie), czy to, że podczas sprzątania (s)padł mi do stóp, ale postanowiłam: OK, to jest Twój czas. A jak zobaczyłam, że upadając książka otworzyła się na stronie 134 uznałam „No dobra. Więcej znaków nie potrzebuję…”. A poważnie – tak się uśmiałam, że postanowiłam odłożyć na chwilę dalsze losy Lisbeth Salander i sprawdzić, co takiego odkryli Duńczycy, że nie poradzili z tym sobie nawet amerykańscy naukowcy 😉

Dahlia, czyli to coś w ogóle pachnie?

daliaKażdy, kto mnie zna, wie, że jestem zapaloną ogrodniczką amatorką. Zapaloną – bo nie ma dla mnie wiosny i lata bez parapetów pełnych skrzynek z surfiniami, pelargoniami czy innymi petuniami, amatorką zaś – bo mimo całej mojej miłości co moich cudeniek (to zdjęcie naprawdę moje flowersy), jakoś nigdy nie mam czasu (a może i ochoty), by poznawać upodobania każdej rośliny. Zwłaszcza, że prawie każda ma inne. Działam więc na czuja i… serce – OK, to brzmi dziwnie, ale jak się gada z roślinami, to one naprawdę rosną szybciej 😉

Jak świeże owoce, czyli gdy świeca pachnie, a natura nie…

appleNie lubię robić zakupów. Really. Mimo że – jak większość lasek – uwielbiam ubrania, buty i dodatki (biedna moja karta kredytowa – jedna, druga i trzecia też…), to chyba w kwestii shoppingowej się zestarzałam 😉 Jak pomyślę, że mam pół popołudnia spędzić między wieszakami, to mówię pas. I odpalam wybrany sklep w wersji online, nie ukrywam – nabywam, a potem… zostawiam lub odsyłam. Wiwat darmowe zwroty! 😉 Z czego cieszy się mój Małżonek, mający niezły ubaw, widząc tych biednych przedstawicieli płci brzydszej oczekujących na swoje piękniejsze połówki na ławkach przed witrynami… Taką to jestem dobrą żoną! No ale koniec chwalenia się – pora przejść do meritum i wyłożyć…. jabłka na stół.

Tego się nie je, czyli gdy Małżonek kieruje się swoim nosem!

Każda moja praca (wiem wiem, mam fajnie!) zawsze wiązała się z dostawaniem prezentów – w branży mediowej znanych jako #darylosu. No wiadomo – dziennikarkę trzeba jakoś przekupić, a dawanie białych kopert jest passe. No i karalne… 😉 Dlatego przez te 9 lat w korporacji nazbierało się trochę (duuużo) giftów i równie wiele anegdot. Ta przypomniała mi się, gdy przyłapałam Małżonka wkładającego do ust wosk. Tak, dobrze czytacie – wosk, taki „ze świecy”.