Jak świeże owoce, czyli gdy świeca pachnie, a natura nie…

appleNie lubię robić zakupów. Really. Mimo że – jak większość lasek – uwielbiam ubrania, buty i dodatki (biedna moja karta kredytowa – jedna, druga i trzecia też…), to chyba w kwestii shoppingowej się zestarzałam 😉 Jak pomyślę, że mam pół popołudnia spędzić między wieszakami, to mówię pas. I odpalam wybrany sklep w wersji online, nie ukrywam – nabywam, a potem… zostawiam lub odsyłam. Wiwat darmowe zwroty! 😉 Z czego cieszy się mój Małżonek, mający niezły ubaw, widząc tych biednych przedstawicieli płci brzydszej oczekujących na swoje piękniejsze połówki na ławkach przed witrynami… Taką to jestem dobrą żoną! No ale koniec chwalenia się – pora przejść do meritum i wyłożyć…. jabłka na stół.

Tego się nie je, czyli gdy Małżonek kieruje się swoim nosem!

Każda moja praca (wiem wiem, mam fajnie!) zawsze wiązała się z dostawaniem prezentów – w branży mediowej znanych jako #darylosu. No wiadomo – dziennikarkę trzeba jakoś przekupić, a dawanie białych kopert jest passe. No i karalne… 😉 Dlatego przez te 9 lat w korporacji nazbierało się trochę (duuużo) giftów i równie wiele anegdot. Ta przypomniała mi się, gdy przyłapałam Małżonka wkładającego do ust wosk. Tak, dobrze czytacie – wosk, taki „ze świecy”.

W męskim(?) stylu, czyli nie samą wanilią i innymi lawendami kobieta żyje!

whiskyCzym są dla Was tzw. „kobiece zapachy”? Mi to sformułowanie kojarzy się z tym, co słodkie i ciepłe. Wanilia, maliny, lawenda – te sprawy. Wiecie o co chodzi – o aromaty, które prawdziwy facet uznałby za „babskie”. I chyba coś w tym jest, patrząc na to, kto jakie zapachy kupuje w moim sklepie. Widząc zamówienie naprawdę można pobawić się w zgadywanie, jakiej płci i w jakim wieku jest dany klient. Szkoda tylko, że hazard jest nielegalny 😉 Czym zatem są „męskie zapachy” i czy kobiety mogą na nie co najwyżej kręcić nosem?