Hygge, czyli duńska sztuka szczęścia ze świecami w tle…

hyggeKażdy, kto mnie zna, wie, że nie lubię czytać poradników i na moich półkach próżno szukać pozycji w stylu „10 sprawdzonych rad, jak..”. Nie oznacza to, że z automatu hejtuję tych, którym takie publikacje w życiu pomagają, ale także nie ukrywam, że nie rozumiem. Dlatego „Hygge. Duńska sztuka szczęścia” zajmowała u mnie odległą pozycję na liście priorytetów do przeczytania. Nie wiem czy ruszyły mnie wyrzuty sumienia, że tego prezentu nawet nie otworzyłam (dosłownie), czy to, że podczas sprzątania (s)padł mi do stóp, ale postanowiłam: OK, to jest Twój czas. A jak zobaczyłam, że upadając książka otworzyła się na stronie 134 uznałam „No dobra. Więcej znaków nie potrzebuję…”. A poważnie – tak się uśmiałam, że postanowiłam odłożyć na chwilę dalsze losy Lisbeth Salander i sprawdzić, co takiego odkryli Duńczycy, że nie poradzili z tym sobie nawet amerykańscy naukowcy 😉

Co takiego ruszyło mnie na stronie 134? Otóż, czy wiecie, że „Duńczycy nigdy nie dopuszczą do tego, żeby zabrakło im papieru toaletowego i świeczek”? A „na każdego Duńczyka przypada co roku 5,79 kilograma świec”? Tak, jest tam o książkach, recyklingu, muzyce, urządzaniu miejsca do pracy, roli pamiątek z podróży, porach roku, kanapkach ziemniaczanych… ale mój egzemplarz musiał otworzyć się na stronie o świecach. Akurat, gdy moja kariera zawodowa pięknie się rozpala (sorry, za suchar) 😉 No i tym sposobem, wreszcie poczułam się zmotywowana, by poświęcić „Hygge” więcej czasu, niż zajmuje usunięcie z niej kurzu.

Czy dowiedziałam się czegoś nowego? Nie. Czy „odkryłam Amerykę”, która zmieni moje życie? Nie. Jak dla mnie to po prostu pięknie wydany zbiór tego, co powinno być w życiu naturalne, codzienne, po prostu normalne. Kocham czytać książki, więc wiem, że nasze książki mówią o tym, kim jesteśmy – choć mam nadzieję, że nie dosłownie, bo jak tak, moje alter ego to seryjna zabójczymi nocami bawiąca się w Billa Bassa, albo, że warto segregować śmieci czy oddawać nam niepotrzebne rzeczy innym, bo dla kogoś mogą stać się jeszcze najcenniejszym skarbem. No i że fajnie jest razem gotować, że nawet drobiazgi mogą dawać radość, niczym wytypowanie szóstki w totka. I tak, wiem – pewnie psycholog by skomentował, dlaczego napisałam o kasie a nie np. miłości, ale na pewno wiecie o co mi chodzi 😉

Zatem pytanie: Czy „Hygge. Duńska sztuka szczęścia” to coś dla mnie? Nie. Miło spędzony czas, ale nic poza tym. Ale czy to wartościowa pozycja? Moim zdaniem tak. Zwłaszcza dla kogoś, kto nie wie, co dalej, chce coś zmienić, ale nie wie co i generalnie czuje, że chce inaczej. I „Hygge” to taki trochę elementarz uczący podstaw szczęścia. A czasami warto cofnąć się do samego początku i zacząć (a jakże, od poniedziałku!) z totalnie czystą, duńską kartą…

PS. Ciekawe ile świec wypalają Polacy? Ja w tym roku spokojnie przebiję przeciętnego Duńczyka 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *