Tego się nie je, czyli gdy Małżonek kieruje się swoim nosem!

Każda moja praca (wiem wiem, mam fajnie!) zawsze wiązała się z dostawaniem prezentów – w branży mediowej znanych jako #darylosu. No wiadomo – dziennikarkę trzeba jakoś przekupić, a dawanie białych kopert jest passe. No i karalne… 😉 Dlatego przez te 9 lat w korporacji nazbierało się trochę (duuużo) giftów i równie wiele anegdot. Ta przypomniała mi się, gdy przyłapałam Małżonka wkładającego do ust wosk. Tak, dobrze czytacie – wosk, taki „ze świecy”.

Kilka lat temu jeden z klientów zaprosił kilka dziennikarek – w tym mnie – na warsztaty z robienia mydła. Lewandowskie&Chodakowskie byłaby dumne – było bio, eko, wege i w ogóle full natural 😉 Żeby było uroczo (ale i wygodnie) mydełka miały formę muffinek, bo w foremkach od nich były robione, tj. w nich zastygały. Moja wena tamtego dnia podsunęła mi myśl, że aromat bananowy to jest to. Małżonek uwielbia, więc na pewno fajnie będzie mu się myło. Mogłyśmy także coś „zatopić” w mydełku i ja – tu wiele nie myśląc – postanowiłam zatopić piątaka. Będzie miał facet dodatkową motywację, by częściej myć ręce (tak, każdy Mąż jest czasami jak dziecko…) 😉

Zatem dumna z siebie pięknie spakowałam moje homemade mydło i z napięciem oczekiwałam, jak przyjedzie po mnie moja druga połówka. Jego reakcja na widok mojego podarunku? Że super, że cudne, tylko że… jakoś dziwnie smakuje. Tak, dobrze czytacie – nim zdążyłam zareagować, mój samiec alfa zanurzył w mydle zębiska… Wypluwał zaś jego części w momencie, gdy zalewając się łzami przypominałam, że przecież byłam na warsztatach mydlarskich a nie kulinarnych. I wiecie co usłyszałam? Że to wina obłędnego zapachu oraz… tego piątaka. Ale why – usiłowałam się dowiedzieć?! Bo – uwaga – wg męskiego mózgu była to zachęta do jedzenia, wiecie, cytuje Małżonka: „By niejadek zjadł obiadek”! Jakby kogoś na tym świecie było trzeba namawiać do jedzenia muffinek bananowych?! 😉

Dlaczego o tym piszę? Bo teraz to dopiero Małżon musi uważać hehe Jedna z moich marek, Village Candle dokładnie, ma w swojej ofercie woski zapachowe. W opakowaniu wyglądają jak wosk i widać, że są do rozpuszczenia a nie jedzenia, ale już wyjęte i pocięte na kawałki wyglądają jak karmelki czy inne ciągutki. Na szczęście nauczony doświadczeniem mój drugi połówek nim coś skonsumuje (choć najczęściej już mający to coś w okolicach ust) upewnia się: A to do jedzenia? I kurde – czasem kusi mnie, by odpowiedzieć, że tak 😉

Bo to jest naprawdę niesamowite. Niektóre produkty pachną tak obłędnie naturalnie, że aż grzechem wydaje się powstrzymanie od konsumpcji. Zwłaszcza, jeśli w ich składzie znajdują się naturalne spożywcze barwniki i aromaty. No czujesz i chcesz. Ale wiesz i nie jesz. Ot, taki rym na koniec 😉 A właściwie „przedkoniec” bo będzie jeszcze porada konsumencka: mężczyźni są jak dzieci, więc zostawiając odpakowane cuda typu właśnie woski dodajcie karteczkę: „Nie jedz tego, Kochanie”. Chyba, że macie wykupioną opiekę medyczną w full opcji a problemy gastryczne to Wasz sens życia 😉

To tyle na dziś. Stay tuned!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *