Jak świeże owoce, czyli gdy świeca pachnie, a natura nie…

appleNie lubię robić zakupów. Really. Mimo że – jak większość lasek – uwielbiam ubrania, buty i dodatki (biedna moja karta kredytowa – jedna, druga i trzecia też…), to chyba w kwestii shoppingowej się zestarzałam 😉 Jak pomyślę, że mam pół popołudnia spędzić między wieszakami, to mówię pas. I odpalam wybrany sklep w wersji online, nie ukrywam – nabywam, a potem… zostawiam lub odsyłam. Wiwat darmowe zwroty! 😉 Z czego cieszy się mój Małżonek, mający niezły ubaw, widząc tych biednych przedstawicieli płci brzydszej oczekujących na swoje piękniejsze połówki na ławkach przed witrynami… Taką to jestem dobrą żoną! No ale koniec chwalenia się – pora przejść do meritum i wyłożyć…. jabłka na stół.

Je także, jak wszystko, kupuję online. Oczywiście macie rację – kto chce zjeść prawdziwy owoc, powinien go kupić na bazarku lub innym targu, a nie w supermarkecie, a potem narzekać, że smakuje jak karton vel styropian. I ja także mam swój ulubiony bazarek, a dokładnie targowisko pod warszawską Halą Mirowską. Tylko, że… jesienią i zimą o świeżych owocach można pomarzyć (choć niektórzy przywożą cuda ze swoich mini szklarni, mniam!), a w tzw. sezonie na taki bazarek z reguły nie jest po drodze. Bo rano przed pracą to za wcześnie, bo po pracy to już nic nie ma, bo w sobotę każdy chce się wyspać (zwłaszcza, jak w piątek, delikatnie to ujmując, się dobrze bawił)… I tym sposobem, Ci którzy pracują od rana do wieczora (plus non stop są online, bo przecież ten fejsik to służbowy kanał informacji hehe) są po części skazani na markety lub osiedlowe sklepiki – coraz częściej należące do sieci, a nie takie urocze dziuple z pysznościami i produktami pierwszej potrzeby jak to było kiedyś. Dlatego ja wybieram zakupy w wersji online – klikam, zamawiam, płacę i mam dostarczone pod nos. No ale coś za coś…

Niestety, ale dostępne online owoce i warzywa naprawdę coraz częściej „wykazują” korelację między wyglądem a zapachem. Im piękniej coś wygląda, tym słabiej pachnie i gorzej smakuje. A tak w ogóle to wiecie, że niektóre jabłka są pokrywane parafiną spożywczą, żeby lepiej wyglądały? Nieźle, co? Dlaczego o tym piszę? Ponieważ na weekend postanowiłam „adoptować” świecę Village Candle Crisp Apple – wiecie, w ramach poznawania swoich produktów 😉 I kurka, wiecie co? Ona pachnie, jak takie brzydkie, obite jabłka przywiezione od rodziny ze wsi – takie prawdziwe, prawdziwe, a nie żadne GMO 😉 Takie, które wyciera się w spodnie i je od razu z drzewa! No mniam, no! Aż mnie naszła ochota na konsumpcję tych owoców i wstałam o 6, żeby jechać na targ i dorwać kogoś, kto takie pyszności miał będzie. I znalazłam! Nie są idealnie kształtne, nie są nawet ładnie czerwone, wyglądają jak ubodzy kuzyni jabłek z Instagrama hehe 😉 ale smakują tak, że klękajcie narody! 🙂

I tu porada konsumencka – nie wiesz, jak powinno pachnieć jabłko? Albo inny owoc? Powąchaj świecie, która zawiera same naturalne składniki 😉 Really!

PS. Na ten weekend zamierzam „adoptować” Brownie Delight i już czuję, że listę zakupów będę musiała zmodyfikować o czekoladę, cukier, proszek do pieczenia… Cóż, nie da się oszukać przeznaczenia, co nie? 😉

2 comments
  1. O tak, po Brownie Delight może przyjść ochota na prawdziwe brownie

    1. Taaaak 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *